Majówka w Sudetach :)
No i druga obiecana notka (choć ze sporym opóźnieniem
)
Weekend majowy (choć wyjątkowo krótki w tym roku) był doskonałą okazją do pierwszego testu długodystansowego motocykla i mnie przy okazji
ambitny plan zakładał zdobycie najwyższych szczytów wszystkich pasm polskich Sudetów, na których jeszcze nie byłem (a wyszło tego 12 sztuk). Okazało się, że jak na 2 dni jest to plan zbyt ambitny, także wynik był nieco słabszy ale wyjazd i tak uważam za niezwykle udany
ale po kolei:
Sobota
7:30 – pakujemy kufry, torby itp. i wyruszamy
9:30 – pierwsze tankowanie pod Wrocławiem, humory nieco psuje lekka mżawka, która zaczyna sączyć się z nieba kilka kilometrów wcześniej ale i tak morale trzyma się nieźle
10:30 – autostrada – wjeżdżam o jeden wjazd za szybko przez co kilka kilometrów jedziemy w przeciwnym do zamierzonego kierunku
szybko naprawiam błąd i dalszy odcinek do Nysy mija szyyyyybko
11:30 – przystanek na rozprostowanie kości i 2 śniadanie w Nysie, za nami już 200km. Zza chmur nieśmiało wychodzi słońce, zapowiada się całkiem niezła pogoda
Okolice południa – błądzimy w Głuchołazach, ostatecznie trafiamy na drogę do Jarnołtówka. Po drodze w lekką konsternację wprawia nas widok góry, która wydaję się być tą, którą zamierzamy zdobyć. Całkiem wysoka, wierzchołek w gęstej mgle… „Chyba żartujesz” słyszę z tylnego siedzenia, co w sumie całkiem nieźle oddaje mój własny stan, bo spodziewałem się raczej pagórka niż dość ostrej trasy
13:00 – przegapiamy gdzieś wejście na czerwony szlak, którym planowaliśmy wchodzić, za to trafiamy na szlak żółty. Zostawiamy motocykl, przebieram się (przy okazji tankbag rośnie mi jak nasz cel, prawie zasłaniając liczniki a kufer ledwo się domyka
) i wyruszamy na Biskupią Kopę (889m n.p.m., Góry Opawskie). Po drodze z czarnej chmury nad sąsiednią górą odzywa się kilka grzmotów, ale nie spada nawet kropelka
14:50 – w końcu szczyt
krótki odpoczynek, kupno widokówki (Pozdrav z Biskupe Kupy
) i schodzimy
16:00 – pakujemy się z powrotem na sprzęta i jedziemy na dół. Ambitnie zaplanowana próba skrótu przez Czechy kończy się odwrotem z pod Jesenika (trochę lepsze oznaczenia po czeskiej stronie i dotarlibyśmy zgodnie z planem do Javornika zamiast wracać i robić objazd przez Nysę, co dokłada nam około godziny drogi)
Okolice 18 – docieramy do początku trasy na Kłodzką Górę (765m n.p.m., Góry Bardzkie) jednak dość późna godzina i wizja poszukiwania noclegu sprawia, że jedziemy dalej.
19-20 – okazuje się, że Kłodzko to jedna wielka dziura i nie ma tam absolutnie szansy na znalezienie miejsca na noc (próba znalezienia schroniska PTSM, objazd całego miasta chyba z 10 razy w tym raz przez uliczki tak wąskie i strome, że strach było jechać
ipogoń przez dzikie psy
, wszystko nie dało najmniejszych rezultatów). Wyruszamy więc w kierunku Kudowy z nadzieją, że tam nam pójdzie lepiej. Na wyjeździe miły Pan Policjant namierza mój pojazd suszarką i tylko fakt poszukiwania lokum pozwala uchronić mi się przed mandatem (rozglądałem się i tylko dlatego jechałem na długim prostym wyjeździe z miasta 60km/h co po zauważeniu policji zredukowałem do przepisowych 50
)
Jakoś przed 21 – docieramy do Dusznik, w pierwszym pensjonacie ostatnią wolną dwójkę zabiera nam sprzed nosa pewna para (po moim zdaniem nie-fair zagraniu ze strony pani w recepcji), co ostatecznie wychodzi na dobre, bo w jednym z następnych miejsc dostajemy kwaterę o ponad 50zł taniej. Obydwoje wykończenie, mamy sił tylko tyle, by wykąpać się, zjeść małą kolację i iść spać
wynik dnia: 5:1 dla gór
Niedziela:
8:00 – wstajemy, jemy śniadanie i robimy kanapki na drogę i już parę minut po 9 jesteśmy z powrotem w trasie
dzień wita nas lekkim kapuśniaczkiem (za to w nocy lało, co przełożyło się na konieczność suszenia motocykla) ale jest stosunkowo ciepło, co sprawia, że muszę jechać z otwartą szybą w kasku, bo inaczej nic nie widzę
dojeżdżamy na parking i punkt widokowy niedaleko wejścia szlaku na Orlicę (1084m n.p.m., Góry Orlickie) i ruszamy w górę. Całkiem przyjemny szlak, nieco mokro po nocnych ulewach, ale da się iść. Nie odpuszczamy okazji małej bitwy na śnieżki korzystając z ostatnich płatów, po czym robimy sobie pamiątkową fotkę (konieczny dubel
) w miejscu, które uznajemy za szczyt (a porównując to ze zdjęciem z wikipedii mam wrażenie, że chyba nawet trafiliśmy
) i wracamy. Asi zaczynają strajkować buty, ale z racji absolutnego braku wyjścia z tej sytuacji twardo idzie dalej
11:00 – jedziemy dalej. Przez Zieleniec, dalej Autostradą Sudecką by za chwilę zjechać na asfalt, który w moim prywatnym rankingu nawet nie zasługuje na miano drogi, w końcu docieramy do schroniska Jagodna. Jako że od schroniska do góry o tej samej nazwie (977m n.p.m., Góry Bystrzyckie) jest jeszcze kawałek (Asia czytając drogowskazy straszy mnie, że to 12km, jednak bliższe oględziny ukazują, że w nieco ponad godzinę powinniśmy być na szczycie) wyruszamy. Droga jeszcze bardziej podmokła niż poprzednio, ale za to łatwiej ominąć kałuże a i nachylenie znacząco mniejsze. Po drodze bardzo ładna panorama na sąsiednie i dalsze górki (akurat ślicznie oświetlone słońcem, mimo że u nas ciągle chmury, na szczęście bez deszczu) i już jesteśmy pod wieżą na szczycie (kwadrans szybciej niż by wynikało z tabliczek
)
14:00 – z powrotem w schronisku, kawa, kanapki + słodycze i trzeba się zbierać w drogę powrotną. Godzina i odległość sprawia, że dalsze podboje gór musimy odłożyć na następne wyprawy. Wskakuję w pełny strój motocyklowy, moja pasażerka dostaje moje buty (jej kompletnie rozwalone lądują w koszu) i wyruszamy do domu. Trasa: Bystrzyca Kłodzka – Kłodzko (znowu…
) – Ząbkowice Śląskie – Wrocław
17:00 – 3 tankowanie we Wrocławiu (gdzieś mi umknęło 2, ale nie mam pojęcia gdzie to było
) i poszukiwanie kościoła, coby na Mszę się udać. Pierwsza próba prowadzi nas do kościoła Adwentystów Dnia Siódmego czy innych zielonoświątkowców, także zmuszeni jesteśmy szukać dalej
17:55 – kolejna próba, tym razem mamy więcej szczęścia, tym bardziej, że trafiamy na mszę o … 18
po nabożeństwie, jedziemy dalej, tym razem już bez postojów prosto do Jarocina
20:30 – równo o tej godzinie mijamy tabliczkę z napisem „Jarocin”. Rozpakowujemy kufry, odstawiam Asię do domu i tak kończy się nasza wyprawa
Wynik dnia: 4:2 dla gór, wynik ogólny 9:3 jw.
Jak widać plan górski udało się zrealizować w 25% jednak to, co najważniejsze, czyli przetestowanie motocykla i własnej wytrzymałości wypadło na medal. Cały wyjazd był świetny, motor nie sprawiał najmniejszych problemów (czego się trochę obawiałem, ponieważ nie zdążyłem zrobić gruntownego przeglądu), pogoda dopisała, doborowe towarzystwo, góry jak zwykle są piękne
czego chcieć więcej od życia?
Małe podsumowanie:
-równo 700km na motocyklu
-ok. 45l benzyny
-zdobyte: Biskupia Kopa, Orlica, Jagodna
-niezdobyte: Kłodzka Góra, Kowadło, Rudawiec, Wielka Sowa, Skopiec, Skalnik, Waligóra, Chełmiec, Wysoka Kopa
-2 dni
-2 osoby, ja i Ona :*
-niezapomniane wrażenia
(tekst (jak i zdjęcia, które wrzucę później
) umieszczony za zgodą mojej uroczej Pasażerki
)
Zdjęcia:





tak!! wycieczka była super:) jak na taką fankę plażowania jak ja powoli dzięki Tobie mój niezłomny opór do gór topnieje jak ten śnieg na Orlicy:D nie obrażę się więc jak weźmiesz mnie na kolejną przejażdżkę motocyklową… ach! to było najlepsze:) :***