Tatry wiosną czyli Kurs zimowej turystyki wysokogórskiej
Uh, jak ja dawno nic tu nie pisałem… a działo sie w międzyczasie
trzeba troche nadrobić zaległości. Jedna notka teraz, druga będzie dziś ale trochę później. No to jedziemy:
W związku z duża wyprawą, na którą udaję się we wrześniu (ale więcej o niej nie powiem, tyle tylko, że jest związana z Koroną Europy
) stwierdziłem, że trzeba się doszkolić w zakresie używania raków i reszty sprzętu i wybrałem się ze szkołą wspinania Kilimanjaro w Tatry na 4-dniowy kurs zimowej turystyki wysokogórskiej. Muszę przyznać, że przez te kilka dni przyswoiłem (i co ważniejsze przećwiczyłem w praktyce!) naprawdę dużą porcję wiedzy. Ale po kolei:
Noc i dzień 1:
Wsiadam w bezpośredni autobus z Poznania o 22:15 i „już” o 7 rano jestem w Zakopanym. Mała zmiana ubioru (trzeba założyć pancerne buty, bo na nogach mam lekko dziurawe adidasy, nie brałem drugich treków a na całej trasie śnieg), busik do Kuźnic i ruszamy przez Boczań do Murowańca. Od razu orientuję się, że jestem ubrany zdecydowanie za grubo, także kurtka zimowa od razu ląduje w plecaku (i jak się później okaże zostanie tam do końca wyjazdu), a trochę wyżej w jej ślady wędruje polar. Pogoda cudowna, świeci słońce, ptaki śpiewają, śnieg chrupie pod nogami, wokoło żywego ducha – jest pięknie
po drodze mały odpoczynek na Przełęczy między Kopami i opalanko, do schroniska docieram ok. 11 (wypchana bazówka daje się jednak we znaki), czyli mam jeszcze mnóstwo czasu (początek zajęć o 17), wolny czas spędzam najpierw na ławeczce przed wejściem, później na jadalni. Ok. 15 melduję się do pokoju, zajmuję ostatnie wolne łóżko, witam się z ludźmi (wszyscy z mojego kursu) i mam jeszcze trochę czasu na rozpakowanie. Początek kursu następuje z małym poślizgiem, ale od razu bierzemy się ostro do pracy
następuje podział sprzętu (uprzęże, żelastwo, raki – te akurat posiadam swoje), uczymy się podstawowych węzłów (ósemka, prusiki, bloker, kluczka, wyblinka), wiązania się do uprzęży, buchtowania i zwijania liny.
Dzień 2:
Kilka minut po 9 wyruszamy w kierunku Zmarzłego Stawu w celu spróbowania i przećwiczenia wspinaczki lodowej. Dębsiu (nasz instruktor) narzuca dość solidne tempo, co w miejscami całkiem głębokim śniegu (ew. dość rozmokłym, z wodą po kostki na tafli Czarnego Stawu) sprawia, że na miejscu wszyscy (nasza wspaniała 6, czyli kursanci) jesteśmy dość zaziapani. Bo przebraniu się w strój bojowy (czyli „wszystko co macie do ubrania” + uprzęże + raki + kaski + czekany) i łyku herbaty podchodzimy pod ok. 10m ściankę litego lodu, na której dziś spędzimy cały dzień. Uczymy się montować śruby lodowe, zakładać stanowiska w lodzie i robić tzw. ucho Abałakowa. Po tym idziemy z Dębsiem, Jackiem i Marcinem na górę założyć stanowiska do wędki. W międzyczasie mam pierwszy poważny test butów (Zamberlany Experty) i raków (automaty od Climbing Technology), które jak się okazało podczas całego wyjazdu stanowią świetny i jak najbardziej godny polecenia zestaw. Po zmontowaniu wszystkiego wracamy na dół i zaczynamy się wspinać. 3 dwójki, 3 liny, na zmianę wchodzimy i asekurujemy partnera. Najpierw ćwiczymy wspin z 2 dziabkami (super sprawa
), potem z jedną (tego nie lubię
) a potem w ogóle bez, idąc na samych rakach (i to znów jest fajne
). Z drugiej strony liny nauka asekuracji z przyrządu. Gdy każdy przespacerował się do góry już każdym ze sposobów i każdą drogą czas było wracać do domu (a była to godzina już 16 albo 17). Po powrocie szybki prysznic, szybki obiad i idziemy na wykłady (błędy i niebezpieczeństwa zimowe).
Dzień 3:
Znowu wyjście o 9 tym razem z Bogusiem w stronę Pośredniej Turni. Dziś czas na ćwiczenie asekuracji lotnej na grani. Na sobie mam, zgodnie z radą kolegów, którzy byli tu dnia poprzedniego, tylko koszulkę i kurtkę membranową, co okazuje się doskonałym wyborem, bo i tak można się nieźle zgrzać. Po kolejnym bardzo stromym podejściu w śniegu po kolana (okazało się, że szlak wydeptany przez grupę dnia poprzedniego zdążyło w nocy zasypać i trzeba torować od nowa) ubieramy sprzęt i łączymy się w zespoły. Mi przypada funkcja prowadzącego w drugiej trójce (fajna fucha, nie trzeba ani zakładać ani ściągać stanowisk
). Ruszamy. Nie jest łatwo, głęboki, stromy śnieg (czasem po pas), czasami trawki, kilka efektownych skalno-śnieżno-lodowych trawersów, do tego cały czas wiejący huraganowy wiatr, zacinający śnieg, który nawet na chwilę nie przestaje padać i gęsta mgła, wszystko to pozwala sie poczuć prawie jak w Himalajach
Zimą wszystko wygląda inaczej… Nawet Beskid, którego latem prawie się nie zauważa, zimą robi się dość wymagającą górą, na której lepiej się asekurować. Dochodzimy ostatecznie na Kasprowy wierch, skąd trasą zjazdową schodzimy do schroniska. Wieczorem kolejny wykład (biwaki w górach).
Dzień 4 i powrót:
Niestety ostatni już dzień pobytu w moich ukochanych górach. W planach nauka technik pomocnych na lodowcu: wychodzenie ze szczeliny, wyciąganie towarzysza ze szczelin, zjazdy i stanowiska śniegowe. Wyjście w teren poprzedzone ćwiczeniami w jadalni, bo do nauczenia całkiem sporo ilość węzełków, kombinacji, kolejności itd. Potem robimy to samo, co w schronisku, ale już w prawdziwym śniegu. Najpierw czekam dłuuugo na ratunek ze szczeliny, którego udziela mi Marta
, potem to ja ją wyciągam. Robimy punkty z szabli lodowych i deadmenow (taka płytka, którą czekanem wbija się w śnieg). Później robimy samodzielne wychodzenie ze szczeliny (z karabinkami między nogami
) a następnie zjazdy: pierwszy ze stanowiska z zakopanych czekanów, później z grzyba śnieżnego (a w międzyczasie wykręcam piękne salto pomagając koleżankom ściągnąć stanowisko, co o mało nie kończy się urazem szyi). Szczęśliwie zajęcia kończymy juz o 15 (dostaliśmy ten dzień jako ostatni dzięki mojej rozmowie z Waldkiem – prowadzącym, gdyż zależało mi na dość wczesnym powrocie – we wtorek z samego rana zajęcia). W schronisku tylko przyczepiam jedne plecak do drugiego, zarzucam ten cały balast na plecy, zdaję sprzęt i razem z Marcinem ruszamy żwawym krokiem do Zakopca. Pomimo mojego strasznie wolnego tempa na początkowym etapie (pod górę) wykręcamy świetny czas 1h (przy 1,5h wypisanej na drogowskazie
) i już o 16:30 jesteśmy na w Kuźnicach a 16:45 na dworcu PKS. Niestety 5min wcześniej odjeżdża mi bezpośredni autobus do domu. „Nic to” stwierdzam i wsiadamy w najbliższy autobus Szwagropolu do Krakowa gdzie liczę na przesiadkę na pociąg do domu a Marcin udaje się do Warszawy. Szczęśliwym trafem okazuje się, że nas autobus dojeżdża do Krakowa na kwadrans przed odjazdem tego, który mi uciekł w Zakopanem, dzięki czemu udaje mi się zdążyć na przesiadkę. O mniej więcej 2:30 jestem już w Poznaniu a ok. 3 w akademiku.
Niby to tylko 4 dni, ale za to szalenie intensywne. Jestem pewny, że to, czego się nauczyłem, zaprocentuje na przyszłych wyjazdach a do tego co raz bardziej przekonuje mnie do kolejnych stopni wtajemniczenia górskiego aż po taternictwo zimowe i dalej
Poza tym takie spostrzeżenie: Tatry wiosną są piękne
i mimo, że to połowa kwietnia potrafią być piekielnie śnieżne jeszcze




