Elbrus zdobyty (już dawno ;))
13 lut 2011PrzemkoKorona Europy
Ehh, to straszne, ostatnia notka w sierpniu, nowy rok nam się zaczął a ja nic nie piszę. Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa
Więc postanowiłem się poprawić – czas uzupełnić zaległości!
Od sierpnia w działalności górskiej tylko jeden fakt godny odnotowania, ale za to znaczący. We wrześniu, dokładnie 6.09.2010r. zdobyliśmy z 14-osobową ekipą najwyższy szczyt Rosji i przy okazji Europy (wg mojej rachuby;)) Elbrus 5642m n.p.m.!
Krótka relacja, niestety pamięć już nie ta i zapewne wielu ciekawych szczegółów już nie pomnę:
Wyruszamy 1 września z dworca Warszawa Zachodnia rosyjskim pociągiem, 18h, 2 granice i zmianę wózków w pociągu (na Białorusi i w Rosji szyny są szersze niż u nas, więc trzeba zmienić koła) wysiadamy na Dworcu Białoruskim w Moskwie. Od razu przesiadamy się do Aero-Expressu, który zabiera nas na lotnisko Szeremietiewo. Stąd lecimy legendarnym Tu154 do Mineralnych Wód, skąd czeka nas jeszcze prawie 4h podróż busem do Terskola – naszej „bazy”. Trwa tak długo między innymi dzięki licznym kontrolom drogowym (które Misha, nas kierowca, nieodmiennie załatwia „przywitaniem” z 200 rublami w ręce), w tym jednej z okopem z worków z piaskiem, dwoma panami w pełnym umundurowaniu i naładowanym CKMem!
Następnego dnia (3 września, przypominam, że jeden dzień cały schodzi na dojazd) od razu rozpoczynamy aklimatyzację wycieczką na Czeget (3460m n.p.m.), skąd mamy genialny widok na Dongoz Orun z charakterystycznym lodowcem w kształcie cyfry 7 no i nasz główny cel – Elbrus, choć ten akurat jest w chmurach (za to widać część naszej trasy podejściowej). Pogoda dopisuje, po zejściu próbujemy miejscowych specjałów i raczymy się tutejszym piwem (Terek).
Kolejny dzień to już początek akcji wysokogórskiej (mamy informacje, że ma przyjść załamanie pogody, więc wszystko robimy bardzo szybko). Wyruszamy z wysokości ok. 2300m n.p.m., dość nieprzyjemną i początkowo stromą, szutrową ścieżką do pierwszej bazy na wysokości 3900m n.p.m. Po drodze widzimy takie eksponaty jak np. wrak rosyjskiego czołgu(!). Rozbijamy namioty (beczki są dla mięczaków) obok stacji kolejki krzesełkowej, robimy szybko mnóstwo herbaty i udajemy się spać. Pierwsza noc mija mi bezsennie (wynik działania wysokości), za to świt z widokiem na morze gór i na nasz szczyt (który szczęśliwie cały się odsłonił) to coś najpiękniejszego na świecie!
Wczesnym rankiem zwijamy obóz, wkładamy duże plecaki na ratrak a sami zaczynamy wspinaczkę po lodowcu do obozu drugiego na ok. 4100m n.p.m. Po rozłożeniu namiotów na specjalnej platformie robimy wypad aklimatyzacyjny do Skał Pastuchowa (ok. 4600m n.p.m.). Przy okazji testujemy sprzęt i robimy trening chodzenia z liną. Ok. 22 wszyscy idą do namiotów – w nocy ruszamy na szczyt!
O godzinie 2 pobudka, 3 to już godzina wyjścia a właściwie wyjazdu ratrakiem w kierunku Skał. Na górze ubieramy raki i resztę żelastwa i ruszamy krok po kroku w górę, oświetlając sobie drogę czołówkami. Świt zastaje nas na stromym podejściu, nieco poniżej łagodniejszego za to nieskończenie długiego trawersu, który doprowadza nas na przełęcz między wierzchołkami (to już ponad 5000m n.p.m.!). W tym momencie zaczyna pieprzyć się pogoda, wierzchołek i cała dalsza trasa niknie w gęstej mgle. Jednak nie poddajemy się i po krótkim odpoczynku ruszamy pod najbardziej strome na tej trasie podejście. Zaraz za nią ma miejsce pewne ciekawe i akrobatyczne zdarzenie z mojej strony jednak nie będę go tu opisywał
dodam tylko, że są pierwsze ofiary – moje rękawiczki odlatują w siną dal
dobrze, że jeszcze 3 pary mam w plecaku. Krótko po tym zaczyna wiać bardzo silny wiatr i padać śnieg. Widoczność to około 5-6m. Ruszamy trochę na ślepo, trochę po czerwonych tyczkach znakujących drogę a trochę za grupą Rosjan, którą czasem słyszymy a czasem nawet widzimy
. Morale najlepsze nie jest, ale nasz prowadzący Marcin dodaje nam sił (nie do końca miło, ale działa bardzo dobrze
. Wiemy, że jesteśmy ok. 100m od szczytu. Brniemy w tym mleku i w końcu wyłania się przed nami upragniony skalny blok z gwiazdą, które wskazują szczyt. Elbrus zdobyty! Szybkie gratulacje, zdjęcia, ktoś rzuca sławne hasło „Spier***amy”, więc wyruszamy na dół. Nie ma z resztą co dłużej tam siedzieć gdyż widoków nie ma żadnych a zamarznąć bardzo łatwo (baz łapawic momentalnie kostnieją palce…). Docieramy na przełęcz po drodze mijając naszą drugą ekipę (poruszamy się w grupach 5osobowych) – oni dopiero idą na szczyt. Wykopujemy plecaki, które tu zostawiliśmy (już zdążyło je przysypać), krótki odpoczynek w domku, który postawili tutejsi paralotniarze, i idziemy na dół. Tu pogoda jest już dużo lepsza, także powrót do obozu, choć długi, nie sprawia problemów. W sumie cała droga zabrała nam około 11h. Po raptem 3dniach aklimatyzacji! Naprawdę uznaję to za ogromy osobisty sukces!
Jako że cała ekipa zdobyła szczyt (-1 osoba, ale ona stwierdziła, że nie da rady – kolana) kolejnego dnia zbieramy obóz i wyruszamy do „cywilizacji”. Podczas drogi przez lodowiec mam wypadek, który mógł się skończyć tragicznie – wpadam do około 15m szczeliny lodowej. Na szczęście klinuję się na rękach, nogach i plecaku, na tyle wysoko, że z pomocą ekipy udaje mi się wydostać (dokładniej mówiąc zostaję wyciągnięty na kijach trekingowych). Po tej dozie (sporej) adrenaliny już bardzo ostrożnie schodzimy do kolejki i zjeżdżamy do miasta. Tam spotykamy ekipę z klubu Patagonia właśnie ruszającą w górę, pijemy symboliczne piwo i wracamy do naszego hotelu. Wysokich gór na tym wyjeździe dosyć!
Robimy (chyba) dzień odpoczynku, potem wyruszamy na zwiedzanie Przykaukazia. Docieramy do oddalonej od cywilizacji wioski El Tiubiu ok. 20km od granicy czeczeńskiej. Aby się tu dostać jedziemy z Mishą dobre 2h szutrowymi drogami (oczywiście nikt nas w tym czasie nie mija) między przepięknymi ścianami skalnymi. Wioska jest dość znana za sprawą wieży (wartowniczej?), którą można zobaczyć na prawie wszystkich pocztówkach z tych rejonów. Trafia nam się ciekawy widok: przez środek zapomnianej wioski w środku kaukaskich gór idzie sobie staruszka, ubrana w tradycyjne ciuchy, z chustką na głowie, z laską w jednej ręce i prawie najnowszą komórką w drugiej xD okazuje się, że od roku niedaleko stoi wieża telefonii komórkowej. Podczas zwiedzania okolic okazuje się, że trafiamy na święto Id al-Fitr – zakończenie Ramadanu (przypominam, że cały region jest głównie islamski). Poraża nas gościnność ludności – częstują nas (całkiem przecież obcych i wyraźnie wyróżniających się z tłumu!) słodyczami i innymi smakołykami (najzabawniejsza scena: zbieramy się koło naszego busa, stojącego na czymś w stylu rynku, niedaleko stoi grupa groźnie wyglądających mężczyzn (tutejsza mafia czy ki diabeł). Nagle jeden z nich podchodzi do nas ze srogą miną, wręczając… karton cukierków). Wracamy przez jeszcze dzikszą okolicę, podziwiając surowe piękno zupełnie bezludnych, dzikich gór.
W czasie, kiedy my zwiedzmy El Tiubiu, jeden z członków wyprawy decyduje się pojechać do Władykaukazu, stolicy Osetii Północnej, gdyż tam mieszkali jego dziadkowie. Po powrocie z naszej wycieczki podnosi się nam ciśnienie – tego dnia w mieście tym był samobójczy zamach bombowy, w którym zginęło co najmniej 18 osób! Na szczęście nasz kolega cało wrócił, okazało się, że nawet nie wiedział, że coś takiego miało miejsce. O tym, że okolica ta (cały Kaukaz właściwie) nadal jest niebezpieczna przekonujemy się także bardziej bezpośrednio – ktoś uszkadza gazociąg około 10km od naszej miejscowości pozbawiając wszystkie wioski przy jego trasie ciepłej wody i ogrzewania.
Większość grupy w następnych dniach wybiera się jeszcze na dwudniowy trekking po okolicy, ja jednak i jeszcze 3 osoby postanawiamy zostać w hotelu (osobiście leczę nogi, które dość mocno poobcierałem zdobywając Czeget).
Niestety, na tym kończy się nasz pobyt na Kaukazie. Pakujemy wszystkie manatki i ruszamy w drogę powrotną. Zatrzymujemy się jeszcze na obiad w podejrzanie wyglądającej przydrożnej restauracji, na szczęście jedzenie okazuje się dobre i nikt nie ma z jego powodu żadnych nieprzyjemności
. Potem samolot i przepiękne lądowanie nocne w Moskwie. Ruszamy przez miasto (co jakiś czas zaczepiani przez podchmielonych mieszkańców z powodu naszych ogromnych plecaków) do hotelu, w którym mamy nocleg.
Rano udajemy się na zwiedzanie, niestety mamy zbyt mało czasu do pociągu, żeby zwiedzać muzea. Zwiedzamy tylko Kreml z zewnątrz, Car Puszkę (jedną z największych armat na świecie) i Car Kołokoł (największy na świecie dzwon). Z powodu remontu nie wchodzimy też do Cerkwi Wasyla i Cerkwi Chrystusa Zbawiciela (tu oglądamy tylko dolny poziom).
Potem już tylko powrót po bagaże, znów dworzec białoruski i kolejne 18h w pociągu do domu. Jakoś ok. godziny 13 jestem już w Poznaniu.
Uff, co mogę powiedzieć. Na pewno jest to moje największe osiągnięcie górskie. Cała wyprawa była wspaniała (choć dla mnie mogła zakończyć się tragicznie) co na pewno jest też zasługą całej ekipy, której chciałbym bardzo podziękować. Ludzie, jesteście super! Mamy nadzieje, że będzie nam dane się jeszcze spotkać na innych wyprawach.
Aa, zapomniałbym o zdjęciach. Tym razem wyjątkowo nie tutaj a na Picasie, o tu: https://picasaweb.google.com/hesperus22/Elbrus
Tradycyjnie czekam na komentarze





G R A T U L A C J E !!!
Świetnie się czyta- jakbym tam była
Trzymam kciuki za kolejne „zdobycze” w KORONIE !!!
świetna relacja i zdjęcia!