Niemcy i Szwajcaria
16 sie 2010PrzemkoKorona Europy
Znowu nie pisałem długo, czas nadrobić zaległości. Na początku mały update dwóch poprzednich wpisów: doszły 2 galerie, z sudeckiej majówki i ostatniego wypadu w Tatry. A teraz do spraw bieżących. Tu miała być sztuka w 8 aktach, ale że z natury jestem leniwy to jednak będzie normalna relacja z ostatniego wypadu
ostały się tylko tytuły każdego dnia
so, friends, Romans, countrymen, lend me your ears:
Drut kolczasty w deszczu
czyli odwiedzamy kraje niemieckojęzyczne
0.Preludium
Już przed wyjazdem, pod wpływem pewnych sił (a jeśli siły to czytają to na pewno wiedzą, że to o nich mowa
) skróciłem wyjazd z 4 krajów do 2 i czas z ok. 20 dni do tygodnia z hakiem. Potem były pewne trudności z ustaleniem daty wyjazdu i drobne kłopoty ze zdrowiem, co ostatecznie doprowadziło do ustalenia daty wyjazdu na 2.08.2010r. Wcześniej trzeba było załatwić ubezpieczenia (2, dla mnie i dla motocykla), kufry itd. ale w dzień wyjazdu byłem zwarty i gotowy do podróży, która obejmować miała Niemcy i Szwajcarię.
1. Deszcz – pierwsze starcie
Startujemy w poniedziałek o 7 rano (tak późno bo trzeba było zatankować jeszcze przed trasą a o tej otwierali moją stację). Pogoda dopisuje, jedzie się bezproblemowo. Ok. 4h przez Polskę i dojeżdżam do Zgorzelca. Tu już tak bajecznie nie jest – na ostatnim tankowaniu u nas łapie mnie deszcz. Przeczekuję pod daszkiem (motor już nie ma tego szczęścia) i po kwadransie już względnie sucho ruszam dalej. Nie długo jednak przychodzi mi cieszyć się aurą, od Drezna już właściwie non-stop trafiam pod ostrzał deszczu, gradu i temu podobnych miłych zjawisk atmosferycznych. Dlatego w okolicach godziny 16, po 700 przejechanych kilometrach (z czego ok 400 po rzece, w którą zmieniała się autostrada, i nie widząc absolutnie nic) i całkowicie przemoczony rezygnuję z dalszej walki i zatrzymuję się w motelu ok. 150km od Monachium. Pomysł okazuje się całkiem niezły bo zaraz zaczyna po raz kolejny lać.
2. Złośliwość rzeczy martwych
Następnego dnia rano pakuje się i jem śniadanie przy znośnej pogodzie (gdzieś zza chmur nieśmiało wygląda słońce). Wyjeżdżam na autostradę i już po ujechaniu 200m zaczyna znowu lać. Niedługo na szczęście, jakieś 0,5h
potem się rozpogadza nieco, niestety do Garmish-Partenkirchen dojeżdżam znowu w lekkiej mżawce. Pogoda wielce przekropna, ja znowu cały mokry – opcja namiotu nie wydaje się specjalnie przekonująca. Szukam noclegu w cenie nie przyprawiającej mnie o zawał, w końcu znajduję hostel w centrum Partenkirchen. Lokalizacja zacna, bo do początku trasy na Zugspitze miałem niecałe 0,5h pieszo, za to kolejki Zugspitzebahn jakieś 2min. Dostaję pokój z parą Amerykanów, która jest na miesięcznej wyprawie po Europie. Reszta dnia to schnięcie i drobne zakupy. Kolejny dzień miał przynieść chwilową poprawę pogody więc zaplanowałem wyjście w góry (tu należą się podziękowania dla mojej mamy, która jako pogodynka dostarczała mi na bieżąco najnowszych prognoz na całej trasie i dzięki której uniknąłem wielu trudności związanych z pogodą i mogłem jakoś logicznie wszystko zaplanować).
3. Zdobywamy szczyty
Faktycznie od rana pogoda jest bardzo dobra (po raz pierwszy mogę obejrzeć wszystkie okoliczne szczyty – trzeba przyznać, że Zugspitze wyrastający z samego miasta na bez mała 2000m robi spore wrażenie). Pobudka o 5, wyjście o 5.30. O 6 rano mijam skocznię w Partenkirchen i rozpoczynam drogę przez Partnachklamm w stronę doliny Reintal, ponieważ właśnie od tej strony postanowiłem zdobyć najwyższy szczyt Niemiec. W Partnach jest cudowne przejście przez wąwóz, między potężnymi skalnymi ścianami oddalonymi od siebie o ok. 6m rwie wzburzona rzeka, trasa zaś wiedzie pod skalnymi okapami (niekiedy wodospadami) samym jej brzegiem – naprawdę polecam. Idąc łagodnym dnem dolin mijam schroniska Bockhutte i Reintallangerhutte (wyrabiam 1,5h zapasu względem czasów przewodnikowych) by w końcu po stromym i dość męczącym podejściu dotrzeć do Knorrhutte. Stąd dalej raczej nieprzyjemną ścieżką po piargach i drobnych kamieniach a czasem po śniegu docieram do Sonn Alpin (2600m n.p.m., 8,5h od wyjścia z domu), gdzie znajduje się stacja kolejki zębatej przejeżdżającej przez wnętrze góry a także kolejki linowej na wierzchołek. Jako, że jestem dość zmęczony a powyżej mojego punktu idzie się w chmurze, korzystam z tej ostatniej opcji i ostatnie 300m podjeżdżam. Na górze 0 widoków, jedna mgła, dlatego robię szybkie fotki przy krzyżu, który znajduje się na wierzchołku i korzystając z kolejki Eibseebahn dostaję się na dół, skąd łapię kolejkę do domu (przesiadka w Grainau). Co mogę powiedzieć o trasie? Maaatko, jaka ona jest dłuuuga…
poza tym ładne widoki za to dość nudne i nie posiadające żadnych trudności technicznych podejście. Ale żeby je przejść trzeba mieć (ze względu na długość właśnie) niezłą parę i warto na dolnym odcinku (do Reintallangerhutte) wyrobić jak największy zapas czasu.
Po powrocie dostaję info, że najbliższe 2 dni to nieustanne ulewy w całej okolicy, dlatego dalsza droga do Szwajcarii przez te dni nie ma najmniejszego sensu. Dowiaduję się o możliwość przedłużenia pobytu w hostelu jednak okazuje się, że nie ma najmniejszych szans. Dlatego wyruszam w miasto na poszukiwanie nowego noclegu. Znajduje jeden w nieco innej części miasta (i niestety droższy). Upewniony, że mam gdzie spać wracam, chwilę rozmawiam z „moimi” Amerykanami i do łóżka.
4 i 5. Nuda panie…
Faktycznie przez następne 2 dni leje bez przerwy. W czwartek poza przeprowadzką nie robię absolutnie nic, w piątek wieczorem za to udaję się na basen. O basenie warto uczynić dłuższą wstawkę. Basen w Garmish składa się z dużego (34x15m) basenu z falami (normalnie można się poczuć jak nad morzem
), basenu do skoków (3 wieże i trampolina), basenu odkrytego i Ruhezone, czyli basenu z wodą o temp. 32st. i biczami wodnymi
a to wszystko za 3,5€ za 3h lub 5 czy 6 € za cały dzień (ceny biletów normalnych!). Dodatkowo za 1€ można posiedzieć 0,5h w jacuzzi. Szkoda, że w Polsce nie ma opcji na takie ceny…
6. Nowa nadzieja
Kolejny dzień (sobota) to przeprowadzka do Szwajcarii, w okolice miejscowości Malans. Czym dalej na zachód tym lepsza pogoda, w Chur jest już w ogóle gorąco i pełne słońce, co pozwala z nadzieją patrzeć na planowane na dzień następny wejście na Grauspitz. Podjeżdżam pod kolejkę Alplibahn, rezerwuje miejsce na kolejny dzień (8 osób naraz tylko jedzie) i wtedy przydarza się pierwszy i na szczęście jedyny wypadek na całej trasie. Na pochyłem parkingu motocykl się przewraca, wyrywając jedno z dwóch mocowań lewego lusterka. Z pomocą 2 Szwajcarów podnoszę go (ciężkie cholerstwo, zwłaszcza z kuframi), szacuję straty i jadę na poszukiwanie noclegu. Nie jest to takie łatwe, udaje mi się jednak znaleźć (korzystając ze wskazówek pana z kolejki) camping. Rozbijam namiot (gdyby stawianie namiotów było sztuką to ja byłbym Picassem – wiecie, krzywe, zniekształcone postacie i te sprawy
), uruchamiam (też nie bez problemów) maszynkę gazową, trochę zwiedzam teren i też dość szybko udaję się spać. Jest to jedna z najtwardszych i najzimniejszych nocy jakich miałem (nie)przyjemność doświadczyć.
7. Veni, vidi, nici a.k.a dupa a nie nadzieja
Rano budzę się z lekkim bólem gardła i katarem ale twardo wyruszam w góry. O 7.30 jestem już na górnej stacji kolejki. Jednak po drodze już zauważam pewne oznaki, które świadczą o tym, że zdobycie szczytu będzie trudne i/lub niemożliwe. Jest to mianowicie śnieg, który zalega wszystko powyżej wysokości ok. 2200m n.p.m (w czw i pt gdy w mieście padał deszcz w górach padał śnieg, który jak się okazuje dotarł i tutaj). Ja jednak twardo idę dalej, przez błotniste ścieżki i pastwiska dla krów. Ok. 15min przed Ijes (farma, na której trzeba opuścić szlak, gdyż na wierzchołek nie prowadzi żadna ścieżka) dopada mnie spora ulewa, która ostatecznie odbiera szanse na szczyt. Przeczekuję w tunelu pod skałami i na sucho dochodzę do najdalej wysuniętego przyczółka ludzkości w tych okolicach
odbijam ze ścieżki i lawirując między krowami, po mokrej trawie wspinam się stromą grzędą by choć trochę lepiej przyjrzeć się Grauspitzowi. Nic nie przypomina żadnego ze zdjęć, które widziałem, śnieg niestety strasznie utrudnia orientację. Kolejny deszcz nakazuje powrót, który zajmuje dłuższą chwilę. Oczywiście jak tylko schodzę przestaje padać a na chwilę nawet wychodzi słońce. Dlatego odbijam z prostej drogi powrotnej i docieram do szlaku na Falknisa, żeby obejrzeć Untersee i Mittlersee, dwa urokliwe jeziorka, które leżą przy szlaku. W drodze powrotnej kolejna potężna ulewa (0,5h), za to na dół zjeżdżam po raz kolejny w pełnym słońcu. Potem jeszcze kilka razy pada dość solidnie, na szczęście to już oglądam z wnętrza suchego namiotu
8. Long way home
W poniedziałek kolejna pobudka po 5, pakowanie i ruszamy w stronę domu. Już na wstępie mam problemy z elektryką w motocyklu jednak wystarczy przetrzeć zapadane kostki, żeby wszystko wróciło do normy. Opis drogi można przedstawić następująco: jedź aż nie zabraknie benzyny, zatankuj, powtórz. Odpoczynki dłuższe (15min
)były 2, w tym jeden na jedzenie. Taka forma pozwala mi przejechać w jeden dzień ponad 1200km (12h) ale za to jest piekielnie wycieńczająca i już nigdy nie zdecyduję się prawdopodobnie na tego typu wyczyn. Nie muszę chyba dodawać, że po drodze łapie mnie deszcz (na szczęście dopiero w Frankfurcie n. Odrą – z powodu przerwania tamy i powodzi na południu wracam górą – a poważniejszy za Środą Wielkopolską, czyli praktycznie w domu). Granicę polską przekraczam o 16.20, w domu (a dokładniej u Asi :* ) jestem o 19.19.
9. Podsumowanie
Wyjazd można uznać za udany, szkoda tylko, że pogoda tak utrudniała i krzyżowała szyki. Cała trasa wyniosła prawie 2500km i jakieś 150l paliwa, wyjazd trwał 8dni. Średnie spalanie motocykla to 6l/100km, co można uznać za świetny wynik, biorąc pod uwagę, że spora część była po autostradzie z prędkościami rzędu 180-190km/h. Doszedł 1 nowy szczyt do korony, na drugi będzie trzeba przyjechać jeszcze raz. Wnioski:
-1200km na moto w 1 dzień to baaardzo dużo
-samemu jeździ się średnio i raczej będę się starał tego unikać
-moto się sprawdza i nie stwarza problemów, kufry są genialne – bdb komplet do podróżowania
-mam na jakiś czas dość namiotów (choć i tak za chwilę znów pod namiot jadę
)
-żałuję, że bardziej nie przykładałem się do nauki niemieckiego w szkole
Zdjęcia:
Teraz 2tygodnie odpoczynku i jedziemy na kolejną, najpoważniejszą wyprawę w mojej karierze górskiej. Spodziewajcie się relacji w drugiej połowie września
A tu tradycyjnie czekam na komentarze.





Szkoda, że pogoda nie dopisała. Ale najważniejsze, że idziesz do przodu z projektem
Gratulacje za zdobycie Zugspitze! Pozdrawiam.
Siema,
gratulujemy i pozdrawiamy z 3miasta
PK i JK